Politycy na obcym e-lądzie

sob, lip 18, 2009

Internet, Marketing, Webhosting

Politycy na obcym e-lądzie

Podczas ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego wielu polskich polityków postawiło na sieć. Z różnym skutkiem. Zwykle kończyło się na szumnych zapowiedziach interakcji z internautami, która pozostawała jedynie w sferze pobożnych życzeń. Poniżej prezentuję tekst, który miałem przyjemność spłodzić dla Marketingu w Praktyce. Opublikowany w lipcowym numerze artykuł, powstał w maju, w związku z czym kilka ciekawych wydarzeń miało miejsce później. Niestety bohaterem żadnych z nich nie był polityk, o którym można powiedzieć, że „wie co robi w sieci”.

„Polityk w wersji 2.0″

Politycy! Globalna sieć, mimo pozornej prostoty stosowanych tam rozwiązań marketingowych, jest medium dużo trudniejszym do „ogarnięcia” niż tradycyjne nośniki informacji.

Polski prezydent postanowił być bardziej 2.0, w związku z czym przygotowywana jest nowa wersja serwisu internetowego prezydent.pl. Cel? Wiadomo – powiększanie nadwątlonego ostatnimi czasy elektoratu. Czym będzie się więc różniła nowa witryna od dotychczasowej, klasycznej już strony głowy państwa? Lech Kaczyński zapragnął z impetem wkroczyć w świat Web 2.0, w związku z czym planowana strona ma zawierać takie elementy, które – przynajmniej w założeniu – zbudują wokół prezydenta wirtualną społeczność. Są to m.in. blog, możliwość publikowania filmów oraz zdjęć, a nawet czat, na którym pojawiać ma się głowa państwa. Tylko… czy możliwe jest postanowienie zdobycia serc internautów w jednym dniu, a w drugim dniu mieć te serca już zdobyte?

W momencie kiedy piszę te słowa, szczegóły realizacji przykrywa jeszcze szczelna kurtyna tajemnicy. Można już jednak zastanowić się, jakie wizerunkowe reperkusje będzie miało wkroczenie Lecha Kaczyńskiego do wirtualnej rzeczywistości.

E-marketing polityczny „na oko”

Nie ulega wątpliwości, że polscy spin doktorzy wzorują się na Baracku Obamie, który sukces w zeszłorocznych wyborach w dużej mierze zawdzięcza swojej e-kampanii. Czy Lech Kaczyński ma szansę – podobnie jak jego amerykański kolega po fachu – odnieść sukces w sieci? Wszystko zależy od tego, czy prezydent oraz jego otoczenie będą wciąż działać w internecie „na oko”. Wirtualna rzeczywistość rządzi się swoimi prawami, których ignorowanie może mieć opłakane w skutki konsekwencje. Próbki tej ignorancji doświadczyliśmy w momencie uruchomienia prezydenckiego kanału na YouTube. Była to pierwsza i jak dotąd jedyna próba wkroczenia głowy państwa między szeregi społeczności internetowej. Niestety, nieudana – i to w dużej mierze na własne życzenie. Dlaczego? Otóż zdecydowano się wówczas na zablokowanie w ramach prezydenckiego kanału możliwości dodawania komentarzy przez użytkowników. Zabrano tym samym internautom coś, co jest esencją internetu – wolność wypowiedzi oraz świadomość wpływu na dostępne treści. Jak nietrudno zgadnąć, fora zawrzały od komentarzy na temat prezydenckiej cenzury, a kanał nie zdobył oszałamiającej widowni.

Ruch ten był oczywiście podyktowany chęcią ucięcia niepochlebnych opinii, które – biorąc pod uwagę wielkość negatywnego elektoratu Lecha Kaczyńskiego – zaczęłyby na prezydenckim kanale pojawiać się w lawinowym tempie. Decydując się na działania e-marketingowe, należy jednak przyjąć całe dobrodziejstwo inwentarza, w skład którego wchodzą również nasi przeciwnicy, konkurenci lub po prostu osoby specjalizujące się w krytyce absolutnie wszystkiego. Trzeba podjąć z nimi dyskusję, nie udając, że to zjawisko nie istnieje. Rozwiązaniem będącym zatrzymaniem się w połowie drogi między blokowaniem komentarzy a ich nieograniczoną możliwością dodawania, jest wprowadzenie moderacji. Takie rozwiązanie z powodzeniem funkcjonuje w wielu serwisach, w związku z czym sprawdziłoby się również i w przypadku prezydenckiego kanału. Oczywiście pod warunkiem „przepuszczania” również krytycznych – ale mieszczących się w granicach merytorycznej dyskusji – treści. Wówczas internauci mają poczucie, iż nie są cenzurowani, przy jednoczesnym
uniknięciu pojawiania się w „komentarzowej debacie” skrajnych treści. Wilk syty i owca cała.

Internauci – obce plemię

Oddzielnym zagadnieniem jest sam elektorat prezydenta RP. Wśród osób korzystających aktywnie z sieci dominującym spojrzeniem na rzeczywistość jest liberalny punkt widzenia. Oczywiście nie można generalizować, jednakże od lat w internecie utrzymuje się przewaga e-liberałów nad e-konserwatystami.

W przypadku prób dotarcia do internetowego wyborcy problemem Lecha Kaczyńskiego jest jego „offline’owy” wizerunek oraz target, do którego kierował przez ostatnie lata swoje komunikaty. Dla Baracka Obamy społeczeństwo internetowe było i jest niejako naturalnym środowiskiem, które akceptowało jego samego oraz wysyłane przez niego komunikaty. Dla Lecha Kaczyńskiego większość internautów stanowi „obce plemię”. A sympatii i zaufania takiej grupy nie da się wyczarować na zawołanie. W tej sytuacji konieczna jest długa i przemyślana działalność wizerunkowa, która wyjdzie poza globalną sieć. Kluczem do sukcesu jest zrozumienie, że tych dwóch światów – tj. wirtualnego oraz rzeczywistego – nie można sztucznie rozdzielać, gdyż przenikają się, tworząc spójną całość. Jak więc zdobyć serca internautów? Trzeba ich zaangażować. Dać im możliwość wejścia w wykreowany specjalnie dla nich świat i uczestniczenia w nim, a przez to poczucie wpływania na niego. Politycy muszą sobie uświadomić, że sieć to komunikacja, która biegnie w każdym kierunku. Przyzwyczajeni jedynie do wysyłania komunikatu – co jest charakterystyczne dla klasycznych mediów – ignorują fakt, że tutaj, w globalnej sieci, podstawą sukcesu jest dialog. Trzeba zejść z piedestału i zmieszać się z wirtualną wspólnotą, dostarczyć jej interesujący kontent – wtedy dopiero można budować społeczność wokół produktu, jakim jest polityk.

Guru PR – sieciowymi lamerami?

Tej „oczywistej, oczywistości” – co nie wróży dobrze prezydenckiej ekspansji w sieci – nie potrafili niestety zrealizować nawet kreowani na guru polskiego PR-u politycznego Michał Kamiński i Adam Bielan. W połowie maja rozpoczęli na mikroblogu Twitter własną kampanię do Parlamentu Europejskiego. Pomysł godny pochwały – wreszcie politycy chcą dyskutować! Jak się okazuje, wykonanie było gorzej niż mizerne. W ciągu kilkunastu pierwszych dni działalności spłodzili jedynie kilka 140-znakowych wpisów. Nie mieli również co liczyć na odpowiedź użytkownicy, którzy zdecydowali się za pomocą mikrobloga przesłać do nich wiadomość. W efekcie panowie doczekali się zaledwie kilkudziesięciu obserwujących ich profile osób. Niestety, dla naszych polityków internet to wciąż zwykła mównica, z której nie oczekuje się odpowiedzi od swojego audytorium.

Internet nie jest łatwym środowiskiem życia dla marketerów, nie mówiąc już o politykach. Ci ostatni poruszają się często w globalnej sieci niczym słoń w składzie porcelany. Często nie czują jej specyfiki, stosując na wymykających się sztywnym regułom internautach sztywne i skostniałe zasady tradycyjnego marketingu. Globalna sieć wymaga jednak dużo bardziej finezyjnych metod trafienia do odbiorcy. Bez tej świadomości pozostanie się na dobre uwięzionym w epoce Web 1.0.

Artykuł opublikowany w magazynie „Marketing w Praktyce”, nr 7 (137) lipiec 2009

, , , , ,

1 055 Responses to “Politycy na obcym e-lądzie”


Trackbacks/Pingbacks

  1. Recommeneded websites…

    [...]Here are some of the sites we recommend for our visitors[...]……

  2. MRE pisze:

    Wow!…

    A very spectacular post….

  3. abridger…

    there is so much more to making this work its ridiculous that this is even on the internet. just an fyi all….

  4. survival gear pisze:

    Wow!…

    A very awesome post….

  5. Home Remedies pisze:

    Wow!…

    A very spectacular post….

Leave a Reply